Maj 20, 2017 admin

Wszystkie choroby przedstartowe

Witajcie,

Ci, co mnie znają trochę dłużej, wiedzą, że choroba w tygodniu poprzedzającym start dobrze wróżyła. Gdy wczoraj tak o tym pomyślałem, zdałem sobie sprawę, że wszystkie moje starty w tym sezonie (każdy jeden uważam za życiowy sukces) wyłamały się z tego schematu. Więc zapnijcie pasy bezpieczeństwa, zróbcie sobie popcorn, nalejcie sobie do kieliszka dobrego wina i przeżyjcie ze mną wszystkie kontuzje i choroby, które towarzyszyły mi przez kilka ostatnich lat, a na koniec zdradzę Wam, co zmieniłem (za Waszą rekomendacją) i co zakończyło etap moich problemów z odpornością.

  1. Mamy rok 1998, a może 1999, z resztą co za różnica. Gram mecz w lidze amatorskiej w koszykówkę, to, czego dokonałem i z czego byłem na lata zapamiętany  będzie szerzej opisane w książce, ale po przegranym meczu, schodząc do szatni, na kilka dni przed wyjazdem na obóz sportowy, nie zauważyłem, że kolega pociągnął kotarę za sobą, której ciężka metalowa część, zatrzymała się idealnie na mojej skroni… Oj, krew sikała 🙂 W szpitalu założyli mi 7 szwów, a trener złapał się za głowę widząc moją zabandażowaną głowę.
  2. Rok 2000 i znów dzień przed wyjazdem na obóz biegowy (tym razem letni), grając w zawodach streetballowych tak niefortunnie wyskoczyłem do rzutu, że przeciwnik zepchnął mnie na barierki i… znów roztrzaskałem łuk brwiowy. Z wstrząśnieniem mózgu (ale o nim dowiedziałem się dopiero w szpitalu kilka godzin później) udałem się do namiotu, gdzie pani od razu chciała wezwać karetkę, a trener tylko zaniemówił… kazałem sobie tylko zabandażować głowę, aby krew nie przeszkadzała, wróciłem i grając jak w transie, niczym pijany, w przeciągu 2 minut trafiłem trzy rzuty zza lini 7,25 i sam w pojedynkę wygrałem mecz… choć pamiętam to raczej z opowieści innych, aniżeli z własnych doświadczeń, bo ich po prostu nie pamiętam. Na dworcu znów pojawiłem się z bandażem na głowie.

Przygód z koszykówką było jeszcze kilka… chyba 7 razy miałem nogę w gipsie, ale przeskoczmy na spokojnie do czasów współczesnych.

  1. Dzień do startu w Półmaratonie w Pabianicach, idę na lekki rozruch. Wracam rozradowany, wchodzę pod prysznic, wychodzę, smaruję się kolagenem, który bardzo mi na cerę pomaga, którego używam od 2 lat, ale mój organizm jest ciekawym narzędziem i postanowił się zbuntować i nabawił się alergii… wyszedłem spod prysznica i żona musiała mnie ratować, bo tak silnego wstrząsu anafilaktycznego nigdy wcześniej nie miałem. Oddech już był tak świszczący, że myślałem, że to już koniec… puściło w ostatnim momencie, gdy już miałem problemy ze złapaniem oddechu. W Pabianicach dzień później i tak zrobiłem życiówkę
  2. Mamy rok 2015. Tydzień do maratonu. Postanawiam zjechać z córką z wielkiej dmuchanej zjeżdżalni. Gdy na nią weszliśmy stwierdziłem, że był to bardzo zły pomysł. Złapałem tak Lidkę, aby jej nic się nie stało, ale mój kark oberwał… tak, że jeszcze dzień przed maratonem chodziłem w kołnierzu ortopedycznym .

6. Przed głównym startem poprzedniego sezonu czyli przed Kleszczowem, poznałem, co to znaczy ból korzonków, czy jakiegoś innego dziadostwa. Gdy dobiegłem, nie mogłem nic zrobić, a z podium schodziłem z pomocą kolegów. Masakra. Oczywiście dzień wcześniej nic nie bolało.

Największym problemem były jednak moje problemy z odpornością, a raczej z jej brakiem. Przed dwoma ostatnimi maratonami, w najważniejszej części przygotowań, zamiast biegać leżałem w łóżku, klnąc na czym świat stoi. To samo było przed biegiem niepodległości, gdzie antybiotyk przestałem brać dwa dni przed startem. Oczywiście zerowa odporność to efekt uboczny terapii, jakiej jestem poddany jako atopik i nie bardzo wierzyłem, że da się coś z tym zrobić. I tak oto z pół roku temu, gdy przy głównym starcie, do którego tyle się przygotowywałem, znów mnie to spotkało, poprosiłem Was o rady. Jeden typ padł z trzech różnych miejsc, od trzech bardzo bliskich mi osób. A gdy żona farmaceutka oświadczyła, że jest ok, z nie ukrywam, dużą dawką sceptycyzmu zacząłem łykać kapsułki preparatu o nazwie Imunoglukan. Mam problem, aby pamiętać o tym, aby wziąć rano i wieczorem. Więc z rana przypominał mi po prostu budzik, na którym wyświetlał mi się napis „weź tabletkę” 🙂 tak minął grudzień, styczeń i luty…  gdy zbliżałem się do pierwszego startu, zacząłem się z ciekawości zastanawiać, jak będzie tym razem. Pierwszy start skończył się pierwszą w życiu wygraną i brakiem jakiegokolwiek przeziębienia.

Gdy podczas kolejnych zakupów w aptece zostałem w brutalny :0 sposób naciągnięty na płyn dla dzieci o tej samej nazwie, pojawił się mały konflikt, gdyż ja mogę brać co chcę (no może już teraz wszystko poza ciężkimi narkotykami 🙂 ), ale gdy chodzi o córeczkę, to decyzję zawsze podejmuje żona, po konsultacjach z dwoma pediatrami. Podeszła jeszcze bardziej sceptycznie niż ja na początku, ale gdy pediatra powiedziała, że to dobry pomysł, ale aby podawać przez minimum trzy miesiące, miałem już sojusznika… inny temat to przekonanie Lidii, że nie słodki syrop i do tego zimny, jest czymś od czego będzie zaczynała i kończyła każdy dzień.

Lidia się przyzwyczaiła i gdy koleżanka Justyna dała mi cynk, że wyszła partia z krótszą datą do spożycia, ale w doskonałej cenie, kupiłem kilka pudełek i żonie dałem na walentynki… a co, niech zna moją miłość 🙂 tak, jestem romantykiem. I tak sobie bierzemy kapsułki i pijemy syropy. Przez ten czas dwa razy przez pół dnia leżałem w łóżku po bardzo mocnych treningach na hali, ale odbywało się to w okresie największego smogu, a wtedy nie szczędziłem tabletek i brałem do ośmiu… co skutkowało tym, że następnego dnia mogłem normalnie trenować. A trenowałem przez ostatnie pół roku dużo. Moich treningów było średnio 6, czasami 7 tygodniowo. Do tego dwugodzinny trening projektowy każdego tygodnia, plus do marca 4, a czasami 5 treningów indywidualnych z podopiecznymi, plus „normalna” praca, pisanie bloga, książki 🙂

Z totalnego sceptyka stałem się wielkim entuzjastą Imunoglukanu, bo zauważyłem, że działa. Spróbowałem skontaktować się z firmą, która dystrybuuje ten preparat i muszę wam powiedzieć, że już niedługo dla podopiecznych mojego projektu będą z tego fajne rezultaty.

A teraz kilka suchych faktów, które na samym początku nie robiły na mnie żadnego wrażenia teraz nabierają mocy!!

Imunoglukan to kombinacja substancji uzyskanej z boczniaka ostrygowatego (to taki grzyb :)) i witaminy C. W dużym uproszczeniu działanie tego preparatu polega na przywracaniu odporności do tak zwanego poziomu zerowego.  Zapytacie dlaczego tak? Bo to jest preparat, który nie będzie nam sztucznie zawyżał odporności.

I tutaj trzeba wspomnieć o tzw. „oknie immunosupresyjnym” czyli spadku odporności po wymagających treningach, ale również w sytuacjach stresowych, których przecież na co dzień nam nie brakuje. Imunoglukan pomaga organizmowi powrócić do stanu, w którym nasz układ odpornościowy znowu działa normalnie.

Czy wiecie, że po wyczerpujących ćwiczeniach spadek odporności może trwać nawet kilka dni? U mnie przy dość intensywnym trybie życia gdzie wszystko jest na wczoraj, treningi bardzo mocne, stres w pracy agenta przeolbrzymi łatwo gdzieś coś przespać… a zdrowie dla mnie było i jest najważniejsze. Kiedyś o tym napiszę więcej ile kiedyś byłem w stanie wydać, aby być zdrowszy (nie zdrowy, ale zdrowszy) i niestetynie zawsze efektu były zadowalające.

Gorąco polecam. Przetestowałem. Działa. Przetestowała córka. Działa. Przetestowała żona -> pytajcie żony 🙂

Udanego weekendu i uważajcie na siebie po pogoda nie rozpieszcza, choć jakby nie nią spojrzeć trochę inaczej to w kategorii pogody złej, to ta jest rewelacyjna 🙂

Uśmiechajcie się – bo po co się martwić taką pierdołą jak pogoda – szkoda życia 🙂

 

Comment (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZAPRASZAM DO KONTAKTU